NIEBIESKIE PIÓRO

Koniuszy Robert

konik.jpg

Urodził się 18 czerwca 1973 r. w Bartoszycach. Szczęśliwy mąż i ojciec dwojga dzieci. Członek grupy literackiej Barcja oraz Wiceprzewodniczącym Rady Ogólnopolskiego Policyjnego Klubu Literackiego “Niebieskie Pióro”. Pisze wiersze (również dla dzieci), opowiadania, nowele. W 2001 r. rozpoczął pracę nad “Biblią dla najmłodszych” pisaną wierszem trzynastozgłoskowcem. Jego twórczość prezentowana była na łamach tygodnika Goniec Bartoszycki oraz na antenie Radia Bartoszyce w programie Artystyczne Dusze.
Założyciel Młodzieżowej Grupy Literackiej Szuflada działającej przy Bartoszyckim Domu Kultury. Wiceprezes Warmińsko Mazurskiego Stowarzyszenia Inicjatyw Gospodarczych i Społecznych INICJATYWA, z ramienia którego dba o rozwój sfer społeczno-kulturalnych w powiecie bartoszyckim.

_______________________________________________________

SPOTKANIE

Przegapiłem przystanek i wysiadłem z autobusu na pętli półtora kilometra od swojego domu. Śpiesząc się przemknąłem pod szkołą. Wrzask uczniów doganiał mnie aż do kościoła. Tu pozostały za mną a zza ogrodzenia świątyni wyłonił się kondukt. Mimowolnie uśmiechnąłem się nad zmarłym, gdyż podobno Bóg nieraz dając grzesznikom czas na skruchę nie powiadamia ich o śmierci. Stąd zmarły budzi się, jak co rano witając krewnych i znajomych, nie wiedząc, że właśnie umarł. Przed skrętem na chodnik do mego domu, zobaczyłem autobus. Zdążył zawrócić na pętli i przystanął nad przed bramą cmentarza, gdzie przecież nie było przystanku. Z ocienionej alei szedł w moim kierunku młody człowiek. Ubrany w czarny garnitur żałobnika wydawał się kimś znajomym. Zagadnąłem niby od niechcenia:
- Czy ten autobus się zepsuł?
- Nie – odpowiedział – Tym autobusem przywieziono chłopca, który zginął w wypadku drogowym. To pogrzeb.
- To dziwne; przecież przyjechałem tym autobusem aż do pętli. Nie było tam żadnego pogrzebu.
- Możliwe, że wówczas nie było – odpowiedział już trochę zniecierpliwiony – Zginął dwa dni temu. To był dwudziestoletni kawaler. Znałem go trochę. Dariusz Proks. Możesz sprawdzić. Pogrzeb zaraz się skończy. Przeczytasz sobie tabliczkę.
- Dariusz Proks? – patrzyłem na niego z niedowierzaniem. – Co ty pleciesz… i nagle zacząłem kojarzyć, że znam mojego rozmówcę.
- Nie pamiętam skąd mogę ciebie znać. Czy jesteś bratem Igora Żuławskiego? – spytałem
- Nie mogłeś znać mojego brata, bo go nie mam – mówił patrząc mi prosto w oczy – Porozmawiamy innym razem, bo idę do samochodu. Spieszę się. A swoją drogą to ja nazywam się Igor Żuławski.
- Przecież umarłeś – wykrzyknąłem w zdumieniu. Zabiłeś się samochodem. I to ja nazywam się Dariusz Proks. Nic mi się nie stało! Żyję! Nie zginąłem, w jakimś wypadku drogowym. To jakiś żart?
- Przed tą bramą? – zaśmiał się nieoczekiwanie – Gratuluję pewności.

MARYNARKA

Nie potrafię wyjaśnić skąd znalazłem się na pewnym towarzyskim spotkaniu. Towarzystwo wokoło mnie było eleganckie i napuszone. Wszyscy sobie nadskakiwali. Kojarzyło mi się to z tabunem podwórkowych psów obwąchujących się wzajemnie po ogonami i zachwalających woniejący bukiet wydostający się z trzewi. Stare kokoty puszyły się przed sobą chwaląc się swoimi nastroszonymi piórkami a podstarzali panowie przechwalali się swoimi osiągnięciami w dziedzinie snobizmu, klakierstwa i próżniactwa. Czułem się tam bardzo wyobcowany, ale nie wypadało opuścić imprezy przed lampką szampana. Wyjąłem z kieszeni służbowy uśmiech i wtopiłem się w tło. Całemu nadętemu spotkaniu rej wodziła pani dyrektor ośrodka.
Na otwarcie spotkania wystąpiła grupa dzieci z pragmatycznym programem artystycznym. Dzieci bardzo się starały, lecz przed taką grupą lokalnych znakomitości słowa i gesty plątała dokuczliwa trema. Tremę, zwerbowanych artystów, dodatkowo pogłębiały wzrokowe nagany pani dyrektor ośrodka. Mimo tego udało się im dociągnąć część artystyczną do końca. Następnie na mównicy zasiadła pani dyrektor i rozpoczęło się publiczne wychwalanie przybyłych gości. Jacy są wspaniali, hojni i jak wiele zrobili dla ośrodka. Pani dyrektor była osobą o bardzo nieprzyjemnej powierzchowności. Dobrze podstarzała, farbowana blondynka, o staropanieńskich nawykach, usiłująca ukryć kilometry zmarszczek pod znacznymi ilościami pudru i makijażu. Na twarzy miała wyraźnie wyrysowane dążenie do sukcesu po trupach, nawet za cenę dobrego, zdrowego seksu. Zaryzykowałbym tu stwierdzenie, że wyraz seks w jej słowniku, był archaizmem. Ze słów, które wypowiadała ciężko było cokolwiek zrozumieć. Chcąc zabłysnąć, zdolnością wysławiania się, używała przede wszystkim zwrotów zaczerpniętych ze słownika wyrazów obcych, co w połączeniu z jej poważną wadą wymowy w postaci okropnego seplenienia dawało niezrozumiały splot wyrazów. Istny bełkot. Oczywiście wszyscy udawali, że rozumieją to, co mówi i przyklaskiwali jej wypowiedziom. W pewnym momencie porządek imprezy zakłócił spóźniony gość. Ale nie tyle jego spóźnienie rzuciło się w oczy, co jego ekstrawagancki stój. Może nie cały strój, ale marynarka. Rażąco różowa, dwurzędówka. Jej niemodny krój i prowokacyjny kolor żarł się z szykownymi strojami innych uczestników. Wejście na sale owego osobnika spowodowało, iż przez chwilę każdy był zajęty obserwowaniem przybysza. Zaniepokojona tym pani dyrektor, chcąc zwrócić na siebie uwagę podniosła głos, co sprawiło, że miała jeszcze większe problemy w wymową. W panice wyciągała coraz wyższy ton i w rezultacie zachłysnęła się i zaczęła kasłać. Pan siedzący w pierwszym rzędzie pobiegł jej na pomoc. Przyłoży jej otwartą ręką między łopatki. Cios powalił panią dyrektor na ziemię i straciła oddech. Zaniepokojony jej nagłą zapaścią postanowiłem i ja jej pomóc. „Byle, jakie to stworzenie, ale w końcu stworzenie i trzeba ratować”- pomyślałem. Podbiegłem do leżącej na dechach pani dyrektor, złapałem ją od tyłu w pół i zastosowałem uścisk Hilbricha. Jęknęła żałośnie i wytworzonym podciśnieniem wypluła sztuczną szczękę a potem się porzygała. Obrzygała pana prezesa, przewodniczącego, księdza infułata i kilku innych dostojnych gości siedzących w pierwszym rzędzie. A przede wszystkim obrzygała swoją nową oliwkową garsonkę, do której, jak się dowiedziałam, dokupiła kilogram odpowiednich kolorystycznie kosmetyków. Co za żenada! Całe przedsięwzięcie szlag trafił. Nie wiem, dlaczego pani dyrektor mnie obwinia za ową towarzyską katastrofę. Przecież uratowałem tej dziwce życie.

DĄSALSKI

Dąsalski był konserwatorem w szpitalu powiatowym, mimo tego, iż był skostniałym pesymistą swoją pracę wykonywał wzorowo. Cytował wielokrotnie słowa filozofów mówiących o spokoju ducha, szczęściu i radości, ale robił to tylko w celu obalenia mitycznych poglądów i wygloryfikowania katastrofizmu. Przekonania swoje wypowiadał mimowolnie, i tylko wybrańcom. Nie lubił jak to powiadał „nadąsanych prostaków obnoszących się ze swoim wykształceniem jak z lichtarzem”. Jego rozmówcy po chociażby piętnastominutowej dyskusji stawali się takimi samymi malkontentami jak on. Początkowo nie było w tym nic anormalnego, lecz z czasem w szpitalu doszło do ogólnej apatii. Ratownicy z karetek pogotowia nie chcieli wyjeżdżać nawet do nagłych i bardzo poważnych wypadków twierdząc, że i tak nie ma sensu, bowiem świat i tak skłania się ku zagładzie. Przysięga Hipokratesa stawała się tylko starożytną nic nieznaczącą paplaniną. Nie miał na to nawet wpływu dyrektor szpitala, dawno zmanierowany przez Dąsalskiego. Do najtragiczniejszego w skutkach przypadku doszło na oddziale chirurgii plastycznej. Renomowany i lekarz Sławomir Wirsweld tuż przed poważnym zabiegiem powiększenia piersi pacjentce oraz zlikwidowaniu tzw. „kurzych stopek” rzucił narzędziami i wrzasnął:
- To nie ma najmniejszego sensu. Przecież ta kobieta ma pięćdziesiąt sześć lat i wiadro sylikonu nie pomoże, aby poprawić jej wygląd. A kurze stopki? To przecież stopy dinozaura, kto widział takie zmarchy!? Ja tu nic nie zrobię, nie dam rady i już, potrzebny jest cud.
Pech chciał, że operowanej Izabeli Rugawskiej, byłej judoczki, nie wzięła jeszcze narkoza. Wyrwała się z pasów chwyciła tacę z narzędziami i rzuciła w doktora Wirswelda. Niefortunnie. Uderzenie zamknęła mu usta na wieki. Rugawska nie pozbyła się zmarszczek, wręcz przeciwnie trwający miesiącami proces postarzał ją. A późniejszy pobyt w zakładzie karnym tym bardziej. Nikt jednak nie kojarzył tego zdarzenie z postacią Dąsalskiego, nawet on sam nie widział z tym żadnego związku.
Na pogrzebie doktora Wirswelda między kirem a wieńcami napotkały na siebie spojrzenia, zrozpaczonego po utracie ojca, Simonidesa Wirswelda i zamyślonej, niebieskookiej Lukrecji Dąsalskiej. Owe spojrzenie z czasem przerodziły się w żarliwe uczucia. Ich dłonie miały zostać połączone na wieki sakramentem małżeństwa dwudziestego piątego lipca. Dokładnie rok i dwa miesiące po śmierci doktora. Simonides nie wiedział oczywiście, iż jego przyszły teść, pośrednio, aczkolwiek w znacznym stopniu, przyczynił się do śmierci jego ojca. I pewnie nikt nie połączyłby pewnych okoliczności gdyby nie słowa Witolda Dąsalskiego, wypowiedziane podczas wznoszenia toastu przy weselnym stole.:
- Drogie dzieci! Wielokrotnie powtarzałam słowa Lucjusza Seneki, którego, uczeń Neron zgładził każąc mu otworzyć żyły. Mówię o nim, bowiem człowiek to był wielki i jakże mądry. Jego ukochana towarzyszyła mu w podróży do lepszego świata otworzywszy sobie jak on żyły. Życzę i wam takiego wzajemnego oddania i tak silnej miłości, aby trwała po wieki.- Życzenia Dąsalskiego wydawały się nieco mroczne, wywołały szmer na sali, nie mniej jednak zabrzmiały mądrze. Lukrecja marszczyła czoło, gdyż nigdy nie pomyślała, że jej prosty ojciec czerpie mądrości z dzieł Seneki.
- Nawet w tej chwili śmierci – ciągnął dalej Dąsalski - Seneka wypowiadał mądrości życiowe, które zapisywali jego słudzy. I tu pozwolę sobie przytoczyć jedną z jego myśli „Szczególnie należy unikać melancholików i malkontentów, którzy znajdują przyjemność w narzekaniu z każdego powodu. Choćby się było pewnym lojalności życzliwości takiego człowieka, to jednak wzburzony i stale rozżalony na wszystko towarzysz jest wrogiem naszego spokoju”. Tak było ze mną zawsze narzekałem i przekonywałem o szarości życia innych. Zmieniłem zdanie dopiero wówczas, kiedy dowiedziałem się o waszym ślubie. Pomyślałem, że to wielkie szczęście i powinniście się z tego radować. I cieszy mnie w tym wszystkim jedno gdybym nie przyjaźnił się z twoim ojcem Simonidesie i nie przekabacił go na swoją stronę tymi mądrościami nigdy nie dostał by tacą w łeb od pacjentki. A wy… byście się nie poznali. Nic się nie dzieje bez przyczyny mój synu. Nic… Gdybym przez tyle lat nie był grymaśnikiem nie powziąłbyś mojej pięknej Lukrecji za żonę. A twój ociec, przecież i tak był już starym piernikiem.
– Sto lat młodej parze! – Krzyknął na koniec
Pan młody pozieleniał ze złości. Cisnął o posadzkę kielichem. Podszedł do panny młodej ostentacyjnie rzucił w nią obrączką i wyszedł.
Nic im nie będzie… - Dopowiedział Dąsalski – Młodzi są! To się zdarza. Zaraz się pogodzą. Pijmy!

Brak komentarzy »

Do tego wpisu nie dodano żadnych komentarzy.

Wątek RSS dla komentarzy do tego wpisu. Adres TrackBack

Dodaj komentarz

Blog at WordPress.com.